Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 236 386 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Feministka czyta Koran

wtorek, 16 września 2008 23:57

 

Ludwika Włodek-Biernat

 

Allah traktuje wszystkich ludzi tak samo. Upośledzona pozycja kobiet w kulturze muzułmańskiej wynika z błędnej interpretacji zasad religijnych. Takie jest credo islamskiego feminizmu.

W świecie muzułmańskim idee równouprawnienia płci pojawiły się na przełomie wieków XIX i XX. Kolonizacja i konfrontacja z Zachodem uświadomiła społeczeństwom muzułmańskim ich cywilizacyjne zacofanie. Egipcjanin Qasim Amin (1863-1908) ogłosił, że muzułmańskie społeczeństwa nie wykorzystują połowy potencjalnych pracowników-kobiet. Jedyny sposób, by zmniejszyć przepaść cywilizacyjną - rozumował Amin - to kobiety z domów i podwórek wyprowadzić do szkół i fabryk.

Renesans islamskiego feminizmu nastąpił w latach 80., gdy po długim okresie fascynacji sekularyzmem i marksizmem świat muzułmański na powrót zwrócił się do własnych tradycji.

- Wtedy młode pokolenie kobiet w chustach, które chciały dokładnie tych samych praw co świeckie feministki, zaczęło szukać uzasadnienia dla nich w religii. Liberalne feministki poczuły, że współpraca z islamskimi może wzmocnić ich ruch - mówi Fatima Sadiqi, marokańska badaczka ruchów kobiecych. - Feministkom, które odwoływały się do religii, łatwiej było dotrzeć do tradycyjnego społeczeństwa, dla którego argumenty świeckiego ruchu były jak przemowa z innej planety.

Wysiłki marokańskich feministek przyniosły wymierny skutek. W 2004 roku zmieniono kodeks rodzinny, dając kobietom takie same prawa jak mężczyznom.

1. Kobiety nie nadają się do rządzenia

'Ci, którzy powierzają swe sprawy kobietom, nigdy nie zaznają dobrobytu' - Ten hadis jest często cytowany na dowód, że kobiety nie powinny zajmować kierowniczych stanowisk. Marokańska socjolożka Fatima Mernissi zaczyna od tego, że jedyną prawdą objawioną jest Koran. Hadisy są dziełem ludzi. Według Abu Bakry Prorok zareagował tymi słowami na wieść, że następczynią tronu Persji została kobieta. Historycznie taka sytuacja jest prawdopodobna. Dlaczego jednak Abu Bakra opowiedział o usłyszanej od Mahometa przestrodze dopiero 25 lat później? - pyta Mernissi. W roku 656, po zabójstwie trzeciego kalifa Utmana, wśród muzułmanów wybuchł spór, kto powinien go zastąpić. Część wiernych opowiedziała się za zięciem Proroka, mężem Fatimy - Alim. Reszta skupiła się wokół wdowy po Mahomecie, jednej z macoch Fatimy - Aiszy. Wojska Alego i Aiszy starły się w bitwie wielbłądziej pod Basrą. Wielu mieszkańców miasta, także i Abu Bakra, nie chciało zajmować stanowiska w tym sporze. Z jednej strony kalif, kuzyn Proroka, z drugiej jego najdroższa żona zwana "ukochaną ukochanego przez Boga". Aisza starała się przekonać zachowujących neutralność notabli Basry, by udzielili jej poparcia. Gdy skontaktowała się z Abu Bakrą, ten, asekurując się - bitwa wszak nie była jeszcze rozstrzygnięta - odwołał się do autorytetu Proroka: - To prawda, że jesteś matką [aluzja do określania Aiszy matką wiernych], i dlatego masz prawo wymagać od nas posłuszeństwa. Ale słyszałem, jak Prorok mówił: "Ci, którzy powierzają swe sprawy kobietom, nigdy nie zaznają dobrobytu".

Mernissi nie tylko podważyła wiarygodność tego hadisu, wyciągniętego jak królik z kapelusza przez stojącego między młotem a kowadłem Abu Bakrę. Przypomniała też, że w początkach dziejów islamu kobiety mogły zajmować odpowiedzialne stanowiska. Dzielna Aisza co prawda bitwę wielbłądzią przegrała, ale ostrożność, z jaką odnosili się do jej sporu z Alim mieszkańcy Basry dowodzi, że liczono się z nią.

2. Kobiety dziedziczą połowę tego co mężczyźni

'I daje wam Bóg przykazanie co do waszych dzieci: synowi przypada udział podobny do udziału dwóch córek. A jeśli będzie córek więcej niż dwie, to pozostanie im dwie trzecie z tego majątku; a jeśli będzie tylko jedna, to dla niej będzie połowa' (sura 4, werset 11). Z pozoru wydaje się, że taki zapis krzywdzi kobiety - pisała orędowniczka emancypacji kobiet, niedawno zamordowana była premier Pakistanu Benazir Bhutto. Ale gdy rozpatrywać go w świetle innych nakazów Koranu, zobaczymy, że kobieta dostaje należną jej sumę tylko na własny użytek, mężczyzna natomiast ze swojej części winien łożyć na dzieci i żonę. A więc w ostatecznym rozrachunku Koran nikogo nie dyskryminuje - dowodzi Bhutto.
3. Świadectwo kobiety jest warte połowę tego co świadectwo mężczyzny

Koran mówi: "Jeśli zaciągacie dług między sobą na określony czas, to zapisujcie to! Żądajcie świadectwa dwóch świadków spośród waszych mężczyzn! A jeśli nie będzie dwóch mężczyzn, to jeden mężczyzna i dwie kobiety mogą być świadkami, na których się zgodzicie; jeśli jedna z nich zbłądzi, to druga będzie mogła ją napomnieć" (fragment wersetu 282 sury 2). Z tego zapisu można wywnioskować, że świadectwo kobiety jest warte połowę tego, co świadectwo mężczyzny. Urodzona w 1927 roku w osmańskim Libanie Nazira Zein ad Din, jedna z prekursorek islamskiego feminizmu, tłumaczyła, że takie postawienie sprawy tylko ułatwia kobietom życie. 'Świadczenie w sądzie to uciążliwy obowiązek, wydaje się, że Bóg chciał uwolnić od niego kobietę. Jednak gdyby Bóg uważał, że zeznawanie przekracza kompetencje kobiety, wyraźnie by to powiedział, pozwalając zeznawać wyłącznie mężczyznom' - pisała. Kontrowersyjny werset analizuje też Bhutto. Jej zdaniem nie można na jego podstawie wyciągać wniosku, że świadectwo kobiety jest warte połowę świadectwa mężczyzny ani tym bardziej, że w ogóle kobieta jest warta połowę mężczyzny. A do tego sprowadzało się ustawodawstwo wielu krajów (w tym i Pakistanu rządzonego przez Zia ul Haqa, który obalił ojca Benazir Zulfikara Alego Bhutto) nakazujące za zabicie kobiety wypłacać połowę sumy należnej za zabicie mężczyzny. - Gdyby Bóg uważał, że życie kobiety jest warte połowę życia mężczyzny, powiedziały to wyraźnie.

4. Koran zezwala na poligamię

'A jeśli się obawiacie, iż nie będziecie sprawiedliwi względem sierot... Żeńcie się zatem z kobietami, które są dla was przyjemne - z dwiema, trzema lub czterema. Lecz jeśli się obawiacie, że nie będziecie sprawiedliwi, to żeńcie się tylko z jedną albo z tymi, którymi zawładnęły wasze prawice. To jest dla was odpowiedniejsze, abyście nie postępowali niesprawiedliwie' - mówi 3 werset sury 4.

Asma Barlas podkreśla jednak, że werset ten nie legalizuje męskiej rozwiązłości seksualnej. Jego celem jest zadbać o los sierot i wdów. Islamskie feministki zwracają też uwagę na warunek zawarty w tym ajacie: "Jeśli się obawiacie, że nie będziecie sprawiedliwi, to żeńcie się tylko z jedną". Przypominają jednocześnie, że w tej samej 4 surze zawarte jest stwierdzenie, że choć nie wiem jakby się starał, mężczyzna nie będzie nigdy traktował swych żon sprawiedliwie, ergo poligamia, mimo że teoretycznie dopuszczalna, w praktyce jest zakazana. Jak w takim razie wytłumaczyć 11 małżeństw Mahometa? Prorokowi zdarzyło się w jednym czasie posiadać aż dziewięć żon. Bhutto przypomina, że póki żyła jego pierwsza żona Chadija, Prorok nie poślubił żadnej innej kobiety. Jego późniejsze wielożeństwo tłumaczy: 'Małżeństwa wynikały z potrzeb polityki wojennej, miały zapewnić utrzymanie wdowom albo utrzymać plemienne koneksje'.
Źródło: Wysokie Obcasy  

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (37) | dodaj komentarz

Urfi znaczy;bez zobowiązań

wtorek, 16 września 2008 23:48

 

Tekst Marta Kazimierczyk, KairI ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, dopóki kontrakt nam się nie skończy Niby wiedziałam, na co się decyduję. Wiadomo było, że będziemy się spotykać raz na jakiś czas - to co to za małżeństwo. Ale Ahmad obiecał, że jak już będziemy mogli, weźmiemy normalny ślub i zamieszkamy razem. 'Chyba nie chcesz czekać trzy lata, aż zarobię na mieszkanie?' - tłumaczył. Nie chciałam. Maha, studentka literatury angielskiej na Uniwersytecie Amerykańskim w Kairze (AUC), nosi dżinsy, wysokie obcasy, a na głowie chustę w kolorze khaki modnie zawiązaną z tyłu nad karkiem. - To hiszpański styl noszenia hidżabu - wyjaśnia. - Ja tak lubię, choć rodzice krzywo na to patrzą, bo wszystkie kuzynki noszą przykładnie spięty pod brodą. Rodzice Mahy, którym nie podoba się nawet nowocześnie wiązana chusta, pewnie mocno by się zdziwili, gdyby dowiedzieli się, że ich córka rok temu potajemnie wyszła za kolegę z roku. A dwa miesiące temu mąż ją zostawił. - Całe szczęście, że oddał mi kontrakt, no i że nie jestem w ciąży - szepcze Maha, która jak setki tysięcy Egipcjanek zgodziła się wyjść za mąż bez zobowiązań i tylko na jakiś czas.

Zwykły ślub? Za drogo, za późno

Zawadż urfi - 'małżeństwo zwyczajowe' - to egipski wynalazek, ale jest tylko jedną z kilku form dopuszczanego w islamie małżeństwa czasowego. Małżonkowie dobrowolnie rezygnują z części praw przysługujących w ramach normalnego związku małżeńskiego. Te prawa to przede wszystkim wspólne mieszkanie i finansowa odpowiedzialność męża wobec żony.

Taki związek zwykle jest tajny - nie wiedzą o nim rodziny państwa młodych ani pierwsza żona pana młodego, jeśli taką ma. A zamiast zapewniać żonie dom i utrzymanie, mąż płaci jej - regularnie, jeśli małżeństwo trwa dłużej, lub jednorazowo, jeśli pobierają się na kilka godzin. - Bo jak człowiek się zakocha, to głupieje. Jak teraz zastanowię się na chłodno, widzę, że to wielkie oszustwo. Jestem wściekła, ale z drugiej strony wiem, że sama zgodziłam się podpisać ten cholerny kontrakt. Ale bez niego nie moglibyśmy nigdy być sami, nie dostalibyśmy nawet pokoju w hotelu. Właśnie restrykcyjne normy społeczne w konserwatywnym arabskim społeczeństwie, gdzie seks przedmałżeński jest całkowicie zakazany, zmuszają młodych Egipcjan do szukania sposobów ich ominięcia. Tym bardziej że małżeństwo to tutaj wyjątkowo kosztowne przedsięwzięcie. Młodzieniec, który chce znaleźć żonę z dobrej rodziny, musi zapewnić jej warunki przynajmniej nie gorsze od tych, jakie miała w rodzinnym domu - ale większość rodzin chce, żeby były dużo lepsze. W praktyce oznacza to, że kandydat na zięcia musi mieć duże, umeblowane mieszkanie, a przed ślubem sowicie obsypać wybrankę złotem. Szabka, czyli pełen zestaw złotej biżuterii, to wydatek zaczynający się od kilku tysięcy funtów egipskich, ograniczeń w górę nie ma. Przy średniej pensji 1 tys. funtów (500 zł) młody człowiek często w ogóle nie ma szans na ożenek albo narzeczeństwo ciągnie się latami. - Młodzi Egipcjanie mają dosyć ciułania latami na żonę, a dziewczyny mają dosyć czekania - tłumaczy Hania Szirkami, specjalistka do spraw małżeństw z AUC. - Nie mówiąc już o seksie, bez którego trudno żyć do czterdziestki.

Trzy żony Amira

- Ale nie podasz moich danych, OK? Wyszedłbym na ostatniego drania i już żadna dziewczyna by mnie nie chciała - śmieje się Amir, student czwartego roku nauk politycznych na AUC. Przystojny, w obcisłym białym T-shircie, nie wygląda na skruszonego. - Niby wiem, że urfi nie jest tak do końca w porządku, ale wszyscy tak robią. Bez tego papierka mało która dziewczyna zgodzi się pójść do łóżka, to co mi szkodzi go podpisać? A poza tym ja naprawdę kochałem wszystkie moje żony - uśmiecha się. Żony Amir miał już trzy, jedną, jak mówi, bardzo długo - cały rok akademicki. Pytam, jak wyglądały jego ślubne kontrakty i czy przy podpisaniu byli świadkowie. - Niby tak powinno być, ale nikt z moich znajomych tego nie przestrzega. Po prostu wzięliśmy kartkę, napisaliśmy, że się pobieramy, i oboje się podpisaliśmy - opowiada. Islam uznaje trzy formy małżeństwa czasowego: szyickie muta ('dla przyjemności'), sunnickie misjar ('w podróży') i typowo egipskie urfi.

Najpowszechniejsze w Iranie i Iraku po upadku sunnity Saddama Husajna szyickie małżeństwo dla przyjemności to najbardziej kontrowersyjna, ale najmniej zakłamana forma czasowego związku. Małżonkowie już w akcie ślubu określają datę zakończenia małżeństwa. Taki związek można zawrzeć na godzinę, tydzień albo na 50 lat. Ale wraz z określoną w kontrakcie datą małżeństwo samoczynnie wygasa, nie można go przedłużyć, chociaż można zawrzeć je na nowo po odczekaniu wymaganych prawem 45 dni. Jego sunnickie wersje różnią się tylko brakiem daty kończącej związek. Reszta jest identyczna - małżonkowie nie mieszkają razem, a mężczyzna poza mahrem (finansowym darem małżeńskim) nie ponosi żadnych kosztów i nie ma obowiązku łożenia na ewentualne dzieci. Choć w kontrakcie nie ma daty jego wygaśnięcia, dla obu stron jest oczywiste, że ich związek nie potrwa długo. Najbardziej kontrowersyjny aspekt małżeństw czasowych - brak odpowiedzialności za dziecko - nie schodził z czołówek egipskich gazet przez ostatnich kilka lat. Zaczęło się w 2005 r., kiedy 29-letnia Hind al Hinnawi poszła do prasy z informacją, że jest w ciąży z ulubionym aktorem młodego pokolenia Egipcjan Ahmadem al Fiszawim i że dziecko zostało poczęte w czasie, kiedy była z Fiszawim w związku urfi. Wywołała prawdziwą burzę, bo zamiast po cichu zrobić aborcję, jak zrobiłaby na jej miejscu większość Arabek, otwarcie się przyznała, że jest w ciąży, mimo że nie ma męża. W dodatku Ahmad, który jest synem znanych aktorów, słynie z nieskazitelnego prowadzenia się, miał nawet w egipskiej telewizji program, w którym udzielał życiowych i religijnych porad pobożnym młodym Egipcjanom.

Fiszawi wyparł się ślubu z Hind i ojcostwa. A że dziewczyna nie miała żadnego dowodu na małżeństwo, gdyż - jak twierdzi - kontrakt ślubny Ahmad zabrał i zniszczył, przegrała, bo aktor nie poddał się zleconym przez sąd testom DNA. Jego adwokat tłumaczył, że 'skoro nie ma żadnych dowodów zawarcia małżeństwa, równie dobrze al Hinnawi mogłaby kazać poddać się testom pierwszemu lepszemu mężczyźnie z ulicy'.
On wróci i pośle mnie za kratki

Brak dowodów zawarcia małżeństwa wpędził też w kłopoty Leilę, studentkę medycyny, z którą spotykam się we włoskiej knajpie na Zamalku, wyspie w centrum Kairu. - On na stałe mieszka w Kuwejcie, był tu na rocznym kontrakcie w firmie naftowej. Spotykaliśmy się kilka miesięcy, zanim zaproponował mi urfi. Tłumaczył, że trudno by mu było zorganizować ślub i wesele i zapraszać rodzinę z Kuwejtu. Obiecał, że kiedy skończy kontrakt, pojedziemy tam i pobierzemy się. Jednak kiedy kontrakt się skończył, wyjechał beze mnie, ale najgorsze, że nie oddał mi aktu ślubu! A co będzie, jeśli on tu kiedyś wróci i mnie znajdzie? Leila ma się czego bać. Jeśli kiedyś wyjdzie za mąż, on może się zjawić i udowodnić jej poliandrię, za którą nad Nilem można na siedem lat trafić do więzienia. Dopiero od niedawna egipskie małżeństwo urfi można zakończyć rozwodem. Wcześniej kończyło się, kiedy małżonkowie - a zwykle mąż - decydowali, że mają dość. Sąd nie mógł udzielić rozwodu małżeństwu, którego nie uznawał za zawarte. Co nie znaczy, że takie związki były zakazane. Dopiero w 2000 r. egipski parlament przyjął prawo, które legalizuje takie rozwody, tym samym pośrednio legalizując czasowe małżeństwa.

- Niby kobiety dostały możliwość zakończenia związku, ale z drugiej strony w ten sposób prawo zachęca do wchodzenia w takie małżeństwa - tłumaczy Hania al Szirkami. - A w 90 proc. przypadków kontrakt i tak bierze mężczyzna i dziewczyna nie ma żadnego dowodu, że w ogóle była mężatką, więc z czym ma iść do sądu? Zresztą nawet z kontraktem mało która by poszła. Dziewczyny wiedzą, że jeśli sprawa wyjdzie na jaw, będą miały kłopoty w domu, a w przyszłości małe szanse na normalne zamążpójście. Żyjemy w kraju, gdzie niedziewica to nie jest kandydatka na żonę.

Coraz bardziej legalne

Rodziny rzadko się dowiadują, bo zawadż urfi najczęściej jest zawierane między studentami na kilka tygodni czy miesięcy. Socjologowie alarmują, że od kilku lat takie związki to codzienność, za to coraz mniej jest tradycyjnych małżeństw. - Poczucie bezkarności, myślenie: 'To musi być OK, bo wszyscy to robią', to wielka pułapka - tłumaczy al Szirkami. - Chłopaki zaczynają myśleć: 'Żeby ożenić się naprawdę, muszę najpierw zarobić kupę pieniędzy, a potem przez całe życie utrzymywać żonę. A tak mam kobietę, seks i żadnych zobowiązań'. A dla dziewczyny, jeśli taki związek wyjdzie na jaw, to jednak wielka hańba, szczególnie kiedy się rozpada - ostrzega Szirkami. W ostatnich latach przybywa przepisów, które regulują małżeństwa czasowe. W kwietniu 2006 r. Światowa Liga Muzułmańska wydała fatwę, która zezwala na związki, w których kobieta 'rezygnuje z prawa do domu i utrzymania i zgadza się, żeby mężczyzna przychodził do niej, kiedy tylko zechce, w dzień i w nocy'. Nowa fatwa tylko usankcjonowała od dawna istniejący stan rzeczy. Czasowe związki były praktykowane już w pierwszych latach islamu, kiedy arabscy mężczyźni spędzali lata na obczyźnie, podbijając ziemie niewiernych, i musieli kombinować, jak zaspokajać potrzeby seksualne, nie obrażając Allaha. Inni ginęli na wojnie, a ich żony musiały jakoś urządzić sobie życie bez nich. Niektórzy uczeni twierdzą, że z takich małżeństw korzystał sam prorok Mahomet. Zwyczajowe związki zgorszyły za to jednego z jego następców - kalifa Umara, który jeszcze w VII w. zakazał ich jako cudzołóstwa. Do sunnickiego islamu wróciły w XIX w., i to właśnie w Egipcie. To tu w 1999 r. zostały ostatecznie zalegalizowane przez szejka Muhammada at Tantawiego, rektora jednej z najważniejszych instytucji świata islamu - kairskiego uniwersytetu al Azhar.

Wielki szyicki ajatollah Ali as Sistani na swojej stronie internetowej pisze, że w takim związku kobieta 'nie ma prawa wymagać od męża opieki ani wsparcia finansowego, nawet jeśli spodziewa się dziecka'. Dzisiaj małżeństwo czasowe kwitnie w całym świecie islamu. Nawet w ultrakonserwatywnych krajach Zatoki Perskiej, takich jak Arabia Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, jest ono coraz popularniejsze. Wielki muzułmański autorytet szejk Jusuf al Kardawi już w 1998 r. w telewizji al Dżazira tłumaczył, że małżeństwo czasowe spełnia wszystkie warunki muzułmańskiego związku, a za wzrost liczby takich małżeństw obwinił media, które 'z poligamii zrobiły zbrodnię'. - Nic dziwnego, że teraz mężczyzna woli nie martwić żony, tylko ożenić się z drugą kobietą w sekrecie i odwiedzać ją tylko od czasu do czasu - tłumaczył.

Żona z pierwszej ręki

Amira ma 21 lat, pochodzi z chrześcijańskiej rodziny. Mieszka w kairskiej dzielnicy Zejtun z mamą, trzema siostrami i bratem. Jej tata nie żyje od dziesięciu lat. - Gdyby żył, nie mogłybyśmy sobie tak siedzieć w knajpie, a tak, wystarczy, że jakoś oszukam brata - żartuje. W zeszłym tygodniu mama powiedziała Amirze, że ma dla niej idealnego narzeczonego. - Nie zamierzam nawet się z nim spotykać - wścieka się Amira. - Coś jest z nim nie tak? - pytam. - Nie mam pojęcia, ostatni raz widziałam go, jak miałam sześć lat, a on dziewięć, bo to mój kuzyn Ahmad. Jak mam potem powiedzieć ciotce, że uważam jej synka za brzydala albo idiotę? Margaret, starsza o rok siostra Amiry, patrzy na nią z dezaprobatą. - Wiesz, że on ma 200-metrowe mieszkanie w Szarm el Szejk? I przynajmniej będziesz miała pewność, że wszystko o nim wiesz. Amira się waha. - Jeszcze pomyślę, ale mama przecież nie będzie mnie zmuszać, w razie czego znajdzie mi innych kandydatów. - A sama nie mogłabyś poszukać? - pytam. - Bez przerwy szukam, na zajęciach, w pracy, ale żeby poflirtować - chichocze. - A do małżeństwa się nie nadają? - Pewnie jest szansa, że znalazłabym kogoś fajnego, ale wolę, żeby mama się tym zajęła. Wtedy będę pewna, że to ktoś dobry, z porządnej rodziny, no i on będzie mnie bardziej szanował. Gdybym sama go poderwała, mógłby pomyśleć, że wcześniej podrywałam innych, a może jeszcze coś gorszego. A tak jest pewien, że dostała mu się dziewczyna z pierwszej ręki.

Internet lepszy niż dyskoteka

Margaret : - Wam na Zachodzie się wydaje, że jesteśmy strasznie zacofani, a my mamy powody, żeby tak robić. Chłopak, zanim się ożeni, musi zarobić na mieszkanie, meble, złoto dla żony. Często żeni się, jak ma 40 lat! - A do tego czasu nie żyje jak święty! - przerywa jej Amira. - Musi sobie jakoś radzić, dlatego podrywa dziewczynę, wmawia jej, że się z nią ożeni, a kiedy mu uwierzy i się z nim prześpi, oczywiście ją rzuca. - Oczywiście? - Myślisz, że facet ożeniłby się z dziewczyną, która poszła z nim do łóżka? - No a jeśli pozna dziewczynę przez internet, na portalu randkowym? Teraz macie ich pełno. Amira się krzywi. - Myślisz, że Egipcjanin albo w ogóle Arab wchodzi na internet, żeby znaleźć żonę? Co by potem powiedział ojcu albo dziadkowi, że jak się poznali? Na czacie, gdzie każdy mógł z nią rozmawiać o wszystkim? Margaret potakuje. - Takie portale to fajna sprawa, w końcu Egipcjanie to normalni młodzi ludzie, chcą się zabawić, poflirtować, a tak jest łatwiej, to nie jest haram (religijnie zakazane) jak na przykład dyskoteka. Ale to wszystko. Firas ma 29 lat, nosi wściekle zielony podkoszulek, na włosach - duża ilość żelu. Na pytanie, gdzie poszuka żony, zaczyna się śmiać. - Na razie nie bardzo o tym myślę. Nie mam jeszcze ochoty na całą tę szopkę z harowaniem na żonę i tłum dzieciaków. A gdy mam ochotę poznać dziewczynę, wchodzę na czat. - Żony też będziesz tam szukał? - No coś ty! Przecież taka dziewczyna z netu rozmawia z każdym, a z niektórymi pewnie nawet się spotyka! Wyobraź sobie: po ślubie idę z nią ulicą, nagle mijamy gościa, którego ja nie znam, a on wita się z nią wylewnie! Chybaby mnie szlag trafił. Jak zechcę się ożenić, powiem o tym mamie. Ja mógłbym stracić głowę, polecieć na ładne nogi. A mama zadba, żebym dostał całą resztę - wykształcenie, porządną rodzinę. To jasne, że rodzina chce dla mnie jak najlepiej .

Ma fi nasib - nie ma przeznaczenia

Rodzina chce najlepiej nie tylko dla Firasa, ale i dla siebie, bo muzułmańskie małżeństwo to poważny cywilno-prawny kontrakt między dwiema rodzinami. Dla rodziny pana młodego, która kupuje i mebluje mieszkanie, a narzeczonej wypłaca mahr, to na tyle poważna inwestycja finansowa, że nie opłaca im się pomylić w wyborze oblubienicy. Podobnie jak rodzinie
dziewczyny, bo po pierwsze - honor córki jest honorem całego rodu, a po drugie - to na rodzinę spada ciężar opieki nad ewentualną rozwódką. Na Zachodzie małżeństwa aranżowane zwykle przedstawia się jako dramat nastolatek siłą zmuszanych do związku z lubieżnym dziadkiem. Tymczasem taki scenariusz zdarza się w świecie arabskim rzadko, a małżeństwa aranżowane to już od dawna żaden przymus. W czasie chutby, czyli zaręczyn, para ma czas dobrze się poznać, co ułatwiają komórki i e-maile. Scenariusz zwykle jest taki: matka razem z ciotkami, stryjenkami i siostrami zaczyna rozglądać się w sąsiedztwie, dalszej rodzinie i wśród znajomych za odpowiednią partią. Dobrym miejscem na szukanie narzeczonej dla syna są wesela, na których mężczyźni i kobiety bawią się osobno. To prawdziwy targ - potencjalne teściowe oglądają dziewczyny, które na imprezę przychodzą wystrojone i bez chust. Jeśli któraś się spodoba, następuje wymiana numerów. Potem obustronny rodzinny wywiad, pierwsze spotkanie. Chłopak z rodzicami przychodzi do domu dziewczyny, młodzi mogą zamienić parę słów, ale raczej nie na osobności. Wieczorem po wizycie chłopak powinien zadzwonić. Jeśli usłyszy: 'Ma fi nasib' - nie ma przeznaczenia - wie, że się nie spodobał. W przeciwnym wypadku na następnym spotkaniu młodzi razem czytają pierwszą surę Koranu 'Fatihę', czyli 'Otwierającą'. Są zaręczeni i mogą zacząć się spotykać. - Ale jeśli któreś z nas stwierdzi, że to jednak nie to, możemy się rozstać, nie ma problemu. Szukanie zaczyna się na nowo - tłumaczy mi Amira.

Jednak taka swoboda wyboru to raczej miejski zwyczaj. Na wsiach odrzucenie kandydata wybranego przez rodzinę to rzadkość, tam możliwości samodzielnego znalezienia partnera są praktycznie żadne, dlatego mało kto grymasi, bo staropanieństwo w świecie arabskim to niewesoły los.
Mało mówić, ładnie wyglądać

Z małej miejscowości Said (kilkaset kilometrów na południe od Kairu) pochodzi Aladin, 30-letni urzędnik ministerstwa turystyki. - To moja żona Nur, a to synek Ahmad - pokazuje mi zdjęcia, ale jakby bez entuzjazmu. Dwa dni później opowie mi dlaczego. - Studiowałem turystykę w Kairze, na drugim roku poznałem Amal, ona też była z Said. Byliśmy ze sobą całe studia, planowaliśmy wspólne życie. Ale jej rodzina to rolnicy, zięć urzędnik był im nie w smak. Nie pomogły błagania, zmusili ją do małżeństwa z dużo starszym od niej człowiekiem, którego w ogóle nie znała. Dwa dni przed ślubem spotkaliśmy się, powiedziała, że ze mną ucieknie, zamieszkamy w Kairze. Nie mogłem jej tego zrobić. Dziewczyna, która ucieka z domu z mężczyzną i wychodzi za mąż wbrew woli rodziny, jest przegrana, nie zasługuje na szacunek, nawet mężczyzny, dla którego to zrobiła. Pół roku po jej ślubie powiedziałem mamie, żeby znalazła mi żonę. Nawet nie chciałem jej oglądać. To dobra dziewczyna, dba o mnie i o dziecko. Ale miesiąc po moim ślubie Amal wymknęła się z domu, spotkaliśmy się ostatni raz. Zdjęła moją obrączkę, założyła mi inną. Moja żona nigdy się nie dowie, że noszę obrączkę innej kobiety. - Decyzja o odrzuceniu wybranka rodziny nie jest łatwa, bo młodzi ludzie wiedzą, że samodzielny wybór męża czy żony wcale nie musi skończyć się różowo - tłumaczy prof. Rim Saad, specjalistka ds. rodziny z AUC. - Jeśli coś nie wyjdzie i przybiegną szukać pomocy u rodziny, mogą usłyszeć: 'Sami tego chcieliście'. Rodzice 22-letniej Dalii pół roku temu rozpoczęli akcję szukanie męża. - Co dwa, trzy tygodnie mówią: 'Wiesz, w weekend wpadną znajomi z synem'. Muszę się wystroić, iść do fryzjera, a potem podać herbatę i ciastka, niewiele mówić i dobrze wyglądać. To nawet niezła zabawa - opowiada ze śmiechem.

Pytam, czego brakowało dotychczasowym kandydatom. - Niektórzy byli całkiem fajni, tylko ja się teraz spotykam z kolegą ze studiów, więc na razie nikt inny mnie nie interesuje. - No to czemu nie powiesz rodzicom, że chcesz jego? - Jakby mój tata się dowiedział, że spotykam się z kimś bez zaręczyn, chybaby mnie zabił.

Miłość na Muslima.com

Portale randkowe i matrymonialne przeżywają w Egipcie i całym świecie muzułmańskim prawdziwy boom. Nawet największe egipskie autorytety moralne nie mają nic przeciwko nowoczesnym formom poznawania się. Już w 2004 r. wielki mufti szacownego kairskiego uniwersytetu al Azhar Ali Dżuma wydał fatwę, w której zgodził się na małżeństwa zawierane za pośrednictwem matrymonialnych portali, pod warunkiem że o wszystkim wiedzą rodzice dziewczyny. Logując się do Muslima.com, Zawag.com czy Shaadi.com, trzeba precyzyjnie wiedzieć, kogo się szuka, i samemu dobrze się zareklamować. Wygląd, wiek i wykształcenie nie wystarczą - kobiety muszą zaznaczyć, czy noszą hidżab, mężczyźni - czy są żonaci (bo zdarza się, że szukają kolejnej, a nie pierwszej żony). Z anonsów, które przeglądam, jasno wynika, że niektórzy Egipcjanie jednak wierzą, że w internecie znajdą prawdziwą miłość. Rana, 27-lat: As salamu alejkum - pokój wam. Jestem muzułmanką, chwała Bogu, noszę hidżab. Szukam wykształconego muzułmanina, który boi się Boga we wszystkim, co robi, i spędzi ze mną resztę życia. Jasmin, 24 lata: Jestem bojącą się Boga, noszącą hidżab muzułmanką. Wierzę, że islam to nie słowa, ale sposób na życie. Modlę się pięć razy dziennie, szukam dobrego muzułmanina, przystojnego, wyłącznie z poważnymi zamiarami.

Amal, 37 lat: Jestem, chwała Bogu, bardzo religijna, pochodzę z dobrej rodziny, szukam religijnego, wykształconego i przystojnego muzułmanina, żeby dzielić z nim życie. Sameh, 32 lata: Szukam pobożnej muzułmanki, która, jeśli Bóg pozwoli, zaprowadzi mnie do raju. Jaser, 36 lat: Szukam muzułmanki, wiek do 25 lat, noszącej nikab [zasłonę włosów i twarzy]. Będzie przebywać w domu, zajmując się mną i naszymi dziećmi, których będzie tyle, ile tylko Bóg zechce nam dać. Karim, 28 lat: Będę szczery, mam żonę, wspaniałą, religijną i piękną kobietę. Szukamy drugiej żony czy też - jak mówi ona - siostrzanej żony. Mam duży dom, więc wszyscy się pomieścimy. Rim Saad uważa, że w Egipcie muzułmańskie portale matrymonialne i randkowe niewiele zmieniają sposoby szukania partnera. - Ludzie nawet w internecie stosują identyczne kryteria jak te, z których skorzystałaby ich matka - wykształcenie, zawód, rodzina, hidżab - tłumaczy. - Takie internetowe związki też są aranżowane, tyle że zamiast rodziców pośredniczy sieć.

Chatiba znaczy 'swatka'

Zwolennicy tradycyjnych małżeństw aranżowanych twierdzą, że związki zawierane z miłości przez ludzi, którzy poznali się na studiach, w pracy albo przez internet, z góry są skazane na porażkę. Mimi ma 43 lata i sześcioro dzieci. Swataniem zajmuje się niemal zawodowo, znajomi mówią o niej chatiba, czyli swatka. Pochodzi ze wsi niedaleko Asjut w centralnym Egipcie. Sama wyszła za mąż w wieku 16 lat, męża znalazła jej mama. Daleko nie szukała, był synem sąsiadów. - Kochasz go? - Mimi zamyśla się. - Myślę, że teraz już tak. - Opowiedz, jak się swata. - Kiedy już znajdę odpowiednią parę, czyli dowiem się, że na przykład u sąsiadów jest ładna, porządna dziewczyna, a znajomi mają dobrego syna odpowiedniego wiekiem, zaczynam działać. Najpierw uważnie im się przyglądam, rozmawiam z nimi i z rodzinami. Chcę wiedzieć, jak się zachowują w trudnych sytuacjach, jakie mają podejście do życia, do związku. No i są jeszcze niuanse, na przykład mężczyzna powinien być trochę bogatszy i bardziej wykształcony od dziewczyny, żeby łatwiej jej było być mu posłuszną, ale z drugiej strony różnica nie może być za duża, bo wtedy jego rodzina będzie całe życie patrzeć na nią z góry. - Myślisz, że naprawdę jesteś im potrzebna?

Mimi chwilę się zastanawia. - Czy ja wiem? Chyba tak, bo widzisz, miłość jest dobra dla rozmarzonych nastolatków, a małżeństwo to naprawdę bardzo ważna sprawa, nie można zostawiać jej w rękach dwójki dzieciaków, które zwariowały na punkcie czyjegoś ładnego uśmiechu! - tłumaczy. - Powiem ci coś jeszcze: jeśli między dwojgiem ludzi jest szacunek, zrozumienie i spokój, miłość prędzej czy później przyjdzie. Ale w drugą stronę to niekoniecznie działa - nie zawsze miłość przynosi spokój i szczęście. Rim Saad przyznaje, że w swoich badaniach nad egipską rodziną bez przerwy spotyka się z takim podejściem. - Nie mamy danych, z których wynikałoby, czy faktycznie związki aranżowane są trwalsze, ale myślę, że to możliwe, bo rodziny naprawdę starają się dobrze wybrać, a potem pomóc utrzymać związek.
Źródło: Wysokie Obcasy 

 


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (28) | dodaj komentarz

Połowa Indii to my

czwartek, 28 sierpnia 2008 23:22

Tekst: Maciej Kuźmicz
Przebudowa Delhi, budowa metra i autostrad - to kobieta. Ruchy ekologiczne - kobiety. Pisarki, armia, policja - powoli padają ostatnie bastiony mężczyzn. Ale to nie znaczy, że jest więcej równości Fakty są takie: Bombaj - '18-letnia Mehnaz Khan wyszła za mąż bez pozwolenia rodziców. Za karę udusili ją i poćwiartowali' ('The Times of India', 11 lipca). Delhi - 'Podróżująca pociągiem do Delhi 30-latka nie miała biletu. Pokłóciła się z konduktorem. Wyrzucił ją z pociągu w pełnym biegu. Uderzyła w słup trakcji, zginęła. Nikt z przedziału nie pomógł' ('The Times of India', 7 lipca). Jalli, mała wioska w północnych Indiach - 'Nieznana z nazwiska 30-letnia kobieta w biały dzień została rozebrana i pobita. Przyczyny nieznane. Nikogo nie ukarano' ('The Hindu', 13 stycznia). Każda gazeta indyjska podaje codziennie przynajmniej kilka krótkich informacji, w których ofiarami są kobiety. A przecież gazety miliardowego narodu zajmują się tylko sprawami najważniejszymi. Albo najbardziej przerażającymi. - To ponure, przyznaję - mówi Suparna, drobna 25-latka z Delhi, ubrana w dżinsy i krótką kurtę. Studiuje w USA, jest nauczycielką i aktywistką w delhijskich organizacjach pozarządowych działających na rzecz kobiet. To wzór dla wszystkich dziewcząt, które chciałyby zacząć robić karierę. Jest wyzwolona i zdecydowana. Jest silną kobietą w Indiach. Tak jak Pratibha Patil - pierwsza w historii Indii prezydentka. Albo jak Kiran Bedi, pierwsza kobieta generał policji, która dostała Nagrodę Ramona Magsaysaya, czyli azjatyckiego Nobla. Czy jak Kiran Mazumdar, właścicielka biotechnologicznego indyjskiego molocha Biocon wartego 1,1 mld dol. - Czyli nie jest tak źle? - Nie jest. Z jednej strony. A jednocześnie - jest. Rozumiesz? Ani trochę.

Równość, czyli pół na pół

Historia Indii sięga przynajmniej 5 tys. lat wstecz. Na pierwszą w tej historii partię kobiet przyszło czekać do października 2007 roku. Powstała z wielkiej złości. To była złość przeciwko parlamentowi w New Delhi - już ponad 12 lat debatuje nad ustawą, która dawałaby kobietom w Indiach 33 proc. miejsc w parlamencie. Dziś na blisko 800 deputowanych jest tylko 69 kobiet! Mężczyźni nie mają żadnego powodu, żeby się spieszyć z nowym prawem. - Nie chcemy jednej trzeciej. Żądamy połowy miejsc. Należą nam się, bo połowa Indii to my - stwierdziły kobiety i założyły Front Zjednoczonych Kobiet.

Ta partia to jedna z najdziwniejszych organizacji politycznych w New Delhi. Wszyscy polityczni eksperci wyrażają się o niej wyłącznie lekceważąco. - Marginalna. - Nieważna. - Wybryk. W ciągu pół roku partia przyciągnęła ponad 100 tys. członków i członkiń. Nawet w miliardowych Indiach to dużo. - Założyłyśmy ją między innymi po to, żeby było jak najmniej krótkich notek w gazetach. Tych o morderstwach kobiet, o wydziedziczaniu córek, o oblewaniu kwasem. O gwałtach i molestowaniu - mówi Shantha Hariharan i coraz bardziej się zapala. Shantha jest przed emeryturą, ale jej energii wystarczyłoby na obdzielenie przynajmniej kilku 20-latek. Żywe oczy, fioletowe sari w kwiaty i ręce, które cały czas gestykulują - tak wygląda sekretarz generalna pierwszej partii kobiet w Indiach. Mówi nie tylko po tamilsku, w hindi i po angielsku, ale również po portugalsku - robiła doktorat w Lizbonie. - Założyliśmy partię, bo okazuje się, że w miliardowym narodzie nie można się doprosić porządnych praw dla ponad połowy obywateli! To nie jest normalne, że jesteśmy jednym z państw, w którym tylko niecałe 9 proc. miejsc w parlamencie zajmują kobiety - mówi Shantha i pokazuje program partii. Mieści się on na dwóch stronach A4, drukowany jest dużą czcionką. To manifest rozwoju Indii w pigułce. SPOŁECZEŃSTWO: Zlikwidować biedę. Opiekować się osobami starszymi. Elektryczność i woda mają być dostępne dla każdego obywatela. PRAWO: Sprawny system prawny, szybkie procesy - przede wszystkim w sprawach kobiet. GOSPODARKA: Rozwój biznesu i rolnictwa; przede wszystkim małych i rodzinnych firm. EDUKACJA: Obowiązkowa edukacja dla wszystkich do poziomu studiów. Darmowa edukacja dla najbiedniejszych. POLITYKA: Koniec z korupcją. Prosty system polityczny i wyborczy, który zapewni równość mężczyzn i kobiet. - Wiem, zarzucają nam, że jesteśmy dziecinne, że kobiety nie znają się na polityce, że nie wiedzą nic o tym, jak tym wszystkim kierować, i mają piękne idee. Ale od tego się zaczyna. Mamy dość dominacji wielkich partii, które za ciężkie pieniądze kupują głosy. I nie jesteśmy zamknięci na mężczyzn, w żadnym wypadku! To prawda - choć we władzach partii są same kobiety, mężczyźni też przychodzą na spotkania. Na początku najczęściej z żonami, których chcą pilnować. Później przekonują się, że program partii jest nie tylko dla kobiet. - Nasze hasła nie są zupełnie feministyczne. To Europa może sobie na to pozwolić. Ale u nas partia kobiet walczy o równość, o dostęp do edukacji, o wodę, prąd dla ludzi. - Wszystkie partie to mówią. - Ale robią coś zupełnie innego. Znasz Uttar Pradeś? To najludniejszy, ale i najuboższy stan Indii. Sam widziałeś. Tam nie ma porządnych dróg, bo politycy, którzy rządzili dotychczas, napychali kieszenie, zamiast budować. My chcemy budować. Niech mówią, że jesteśmy idealistyczne i pokręcone. Ludzie wiedzą najlepiej, że trzeba zmian, i my jesteśmy tą zmianą. Shantha uśmiecha się i je ciasteczko, które podała do kawy. Sama piekła. Ale w domu na dalekich peryferiach Delhi kawę podaje już jej mąż. - To zupełnie normalne, jestem takim mężem domowym. Ale to normalne, niestety, tylko u nas i może u kilkorga naszych znajomych. Nie w większości domów w Indiach - mówi pan Hariharan, emerytowany wysoki urzędnik, który pomaga swojej żonie nadążyć ze wszystkimi obowiązkami. Shantha ma ich masę - jest nie tylko sekretarz generalną partii, pracuje też społecznie we władzach Mahila Dakshata Samiti, organizacji pozarządowej. Od prawie 30 lat organizacja ta walczy w Indiach o godne traktowanie kobiet. Jej godło - dłoń dzierżąca wałek do ciasta. - To uniwersalny przekaz, tego chyba nie muszę tłumaczyć. Nasza organizacja, tak jak wiele innych nam podobnych, to jedna z ostatnich desek ratunku. Przede wszystkim dla tych kobiet, które znalazły się na zakręcie. W patriarchalnych Indiach 'być na zakręcie' to między innymi wejść w konflikt z teściową i rodziną męża. Ponieważ zgodnie z indyjską tradycją kobieta po ślubie trafia do domu męża, stosunki między żoną i jej nową rodziną to często sprawa życia i śmierci - dosłownie. W Indiach zgodnie z tradycją panią domu jest najstarsza kobieta. To ona dyryguje, wydaje pieniądze, które przynoszą do domu mężczyźni, rozdziela role. Często świeżo upieczona synowa, która wchodzi do rodziny, traktowana jest nie jak nowy jej członek, ale świeża siła robocza. Nie ma prawa o nic prosić, na nic narzekać, nie powinna pod żadnym pozorem mieć własnego zdania. Kiedy będzie miała swoje synowe, będzie im rozkazywać. - Nie zawsze tak jest, nie możemy uogólniać. To by było niesprawiedliwe. Ale można powiedzieć, że w najbiedniejszych rodzinach często tak właśnie bywa. W Indiach najbiedniejsi to blisko 300 mln ludzi z miliarda. I nie jest to jedyny powód, dla którego we wszystkich serialach produkowanych w Bollywood stosunki między synową i teściową są napięte i stanowią zazwyczaj oś filmu. - Jeśli teściowa jest ludzka, synowa ma szansę na normalne życie. - A jeśli jest nieludzka? Zapada chwila milczenia. - To jeżeli uda się ją ocalić, trafia do naszych domów.

Ta chwila milczenia to ponad 5 tys. zgonów rocznie. Oficjalnie, bo nikt nie wie, ile takich zgonów jest naprawdę. Wszystkie - z powodu posagu. W hinduizmie tradycja przekazywania posagu rodzinie męża jest wciąż żywa; jeśli posagu nie ma, to młoda żona przechodzi często piekło. Jest poniżana, teściowa wypomina jej brak pieniędzy, każe pracować w dwójnasób. I choć państwo zabroniło już w latach 60. wymuszania posagu, cały czas morderstwa posagowe się zdarzają. Najczęściej młode żony przez nieuwagę 'oblewają się śmiertelnie wrzątkiem' albo 'nadziewają na nóż kuchenny', albo 'wpadają do paleniska'. Mahila Dakshata Samiti ma osiem miejsc w całych Indiach, do których trafiają kobiety, które porzucił mąż, zostały zgwałcone i wyrzucone przez rodziny z powodu braku posagu, wydziedziczone. To domy na przedmieściach wielkich miast. Tam kobiety dochodzą do siebie, uczą się na nowo żyć. - Mają kursy komputerowe, szycia, księgowości. Wszystkie, które mogą się przydać. Wiele z nich nie umie czytać ani pisać, więc uczymy podstaw - mówi Shantha. W Indiach tylko 48 z każdych stu kobiet potrafi czytać i pisać (wśród mężczyzn aż 74 ze stu). - To, niestety, obiegowa prawda: w dziewczynki się nie inwestuje, bo to się nie opłaca - mówi smutno. Powód? Kobieta odchodzi do domu męża i rodzina musi jej zafundować posag. Dlatego rodzice, którzy nie mają syna, są zawsze skazani na łaskę i niełaskę nowej rodziny swej córki. Czy pozwoli swej synowej na opiekę nad nimi? Czy jej nie odizoluje? To również dlatego na każdych stu Hindusów przypadają tylko nieco ponad 93 Hinduski. Usuwanie płodów dziewczynek jest znacznie częstsze niż płodów chłopców. A gabinety USG reklamują się w gazetach: 'Wydając 600 rupii dziś, oszczędzisz 50 tys. później'. 50 tys. to wartość posagu.

Lotos z mętnej wody

- Jesteśmy bardzo konserwatywnym społeczeństwem. To jest błogosławieństwo, jeśli chcemy zachować tradycję. I piekło, jeśli chcemy dobrze traktować kobiety - mówi Meenakshi Gopinath, zakłada splecione w koszyczek dłonie na kolano i uśmiecha się dobrotliwie. W jej wielkim pokoju dyrektorskim dwa wentylatory mielą powietrze, na czyściutkim stole stoi dopiero co zaparzona herbata, a niezbędne ciasteczka są świeżutkie. Wszystko przyniósł asystent. Meenakshi Gopinath zakłada ręce tak, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest jedną z najpotężniejszych kobiet w Delhi. - Czy kobiety są w Indiach prześladowane? Tak bym nie powiedziała. Ale pewne jest, że mają dalece gorszą pozycję od mężczyzn i wywalczenie sobie równego statusu kosztuje je masę wysiłku - mówi Gopinath. Wie o tym najlepiej, bo już od lat żelazną ręką prowadzi najbardziej prestiżowy college dla dziewcząt w New Delhi. Lady Shri Ram College for Women to przepustka do lepszego życia, kuźnia kadr i jedno z najbardziej wywrotowych miejsc w Delhi. Dziewczyny, które się tam uczą, trafiają na najwyższe stanowiska w biznesie, polityce, urzędach państwowych. - Nasze dziewczyny przebijają się przez szklany sufit. Nie wszystkie, ale te, które chcą, nie mają z tym kłopotu. Znają doskonale swoją wartość i wiedzą, że mogą tyle co mężczyźni - a często jeszcze więcej. Kiedy ja studiowałam, na nowe pokolenie trzeba było czekać dziesięć lat. Dzisiaj pokolenia zmieniają się dwa razy częściej! - mówi pani dyrektor. Za drzwiami gabinetu przesuwa się tłum kolorowych sari, ale również dżinsów i T-shirtów. Dla tradycyjnych dziewcząt w Delhi to często ubiór tabu. Dla uczennic LSR - codzienność. Do drzwi gabinetu co chwila puka zdenerwowany rodzic i dopytuje się o wyniki dzieci. Egzaminy wstępne do college'u to w Indiach drzwi, które mogą szeroko otworzyć się do kariery albo boleśnie zatrzasnąć przy zbyt niskich wynikach w nauce. Jeśli kandydatka chce dostać się do szkoły Gopinath na psychologię, jeden z najbardziej obleganych kierunków, musi mieć przynajmniej 94 proc. trafnych odpowiedzi. - To zostawia mały margines błędu. Nawet bardzo mały. Ale te dziewczyny, które się dostaną, naprawdę tworzą Nowe Indie - mówi Gopinath. I patrzy tak, że wiadomo, że Nowe Indie muszą być pisane wielkimi literami.

Czy faktycznie? - Wystarczy spojrzeć na przestrzeń publiczną. Artystki. Pisarki. Osobowości. W porównaniu z tym, co widzieliśmy jeszcze 20 lat temu, mamy zmianę totalną. Kobieta w tej przestrzeni to nie jest już uległa gwiazdka z filmów Bollywood czy żona, która garnie się do gotowania i dzieci. To często partnerka, a to już przełomowe - mówi pani dyrektor.

Kobiety Indii już od lat 50. były aktywne w przestrzeni publicznej. Ale była to zmiana gospodarcza; reformy lat 90. wypchnęły je z domów na wielką skalę. Zaczęły wychodzić, starać się o pracę, konkurować. Jeśli porównać struktury rządu i organizacje pozarządowe, w Indiach układa się wyraźny wzór: państwo to mężczyźni, ale lud to kobiety. Kobiety są w tych miejscach, w których hierarchia jest mniejsza. Tam, gdzie mniejsze znaczenie mają stereotypy, a większe - kompetencje. Są tam, gdzie trzeba mediować. Weźmy walkę o budowę tam na rzece Narmada. To przecież rozpoczęła kobieta - Medha Patkar. I walczy o prawa dla tych, którzy są za słabi, by sami mogli je sobie wyrwać. Tamy na rzece Narmada to jeden z największych projektów inżynierskich w historii Indii. Za pomocą zapór chcą nawodnić ponad 18 tys. km kw. To wymaga zalania terenów, na których mieszka blisko 300 tys. ludzi. Patkar walczy o to, żeby dostawali odszkodowania. W tej sprawie była w Delhi, stała na barykadach, głodowała. W Indiach jest ikoną. - Przebudowa Delhi, budowa metra i autostrad - to kobieta. Ruchy ekologiczne - kobiety. Pisarki, armia,policja - powoli padają ostatnie bastiony mężczyzn. Ale to nie znaczy, że jest więcej równości - mówi Gopinath. O tym, że dokonuje się zmiana, najlepiej świadczy coraz większa liczba kobiet w biznesie i w firmach technologicznych, które dziś są kręgosłupem szybkich zmian w Indiach. Od kiedy Neelam Dhawan, jedna z najbardziej utalentowanych menedżerek, objęła stery Microsoftu w Indiach, obroty firmy wzrosły o jedną trzecią. Nie dostała tej pracy z łaski - była po prostu najlepsza. Dla Vinity Bali Indie były za ciasne - została jednym z szefów globalnego działu marketingu Coca-Coli. - Kobiety są bardziej umotywowane. Widzę to u swoich uczennic. Mężczyznom niekoniecznie się to podoba - mówi dyrektor Gopinath. Najlepszy barometr zmian społecznych to ogłoszenia matrymonialne. W Indiach jest silna tradycja małżeństw aranżowanych, dziewięć na dziesięć par zostaje ze sobą na zawsze za pośrednictwem rodziców. W gazetach i w internecie w ogłoszeniach są szczegółowe wymagania: kasta, kolor włosów, zamożność, religia. - W wymaganiach często są te konieczne warunki: że musi być dziewica, piękna, zamożna, bla, bla, bla. I na koniec: 'Absolwentki LSR, prosimy nie aplikować'. Nasze dziewczyny wiedzą, że można osiągnąć więcej niż status żony - mówi Gopinath.

Fala świetnie wykształconych kobiet jest nie do zatrzymania - Indie zaczynają zbierać owoce decyzji rodziców sprzed 10-15 lat. Wówczas, na początku boomu gospodarczego, wysyłali oni swoich synów do prowadzenia biznesu. Córki szły do szkół: biznesowych, informatycznych, marketingowych. Wtedy te kierunki były uznawane za mniej męskie niż na przykład inżynier budownictwa, budowy maszyn. Kiedy zaczął się boom informatyczny i światowe firmy elektroniczne i informatyczne uznały, że do Bangalore opłaca się przenosić swoje oddziały, indyjskie kobiety tylko czekały na falę ogłoszeń o pracę. I doczekały się.

- Kolejny krok to polityka. Nie chodzi tylko o to, żebyśmy miały 33 proc. miejsc w parlamencie, jak chce ustawa. Chcemy realnej władzy, wpływu na decyzje. - Największa bariera dla indyjskich kobiet? - Muszą uwierzyć, że są coś warte. Muszą wyjść poza tradycję, te strefy chronione, bezpieczne dla kobiet: dom, posadę nauczycielki, sekretarki. Dopiero wtedy można odtrąbić sukces. Kiedy rozmawiam z młodymi kobietami, to one chcą być wielowymiarowe, odgrywać różne role. Chodzi o to, żeby mogły to robić. Kiedy myślę o kobietach w Indiach, jeden symbol przychodzi mi do głowy - lotos. Z mętnej wody piękny kwiat przebija się na powierzchnię. Urodzić się dziś w Indiach i urodzić się kobietą - to fantastyczne. Bo jeśli chodzi o prawa kobiet i ich miejsce, w ciągu ostatnich 20 lat zmieniło się prawie wszystko - mówi Meenakshi Gopinath.
Ideał nic nie mówi, ideał się uśmiecha

- Naprawdę? - Tak powiedziała pani dyrektor? - Prawie wszystko? Trzy 20-latki patrzą po sobie szeroko otwartymi oczami.

- Wsiądź do autobusu, to się przekonasz, jak dużo się zmieniło. To jest dalej walka na śmierć i życie. Jeśli jesteś kobietą, zostaniesz obmacany, obejrzany, posypią się niewybredne żarty, a jak spróbujesz się odciąć, to oberwiesz. - Różnica w porównaniu z tym, co było 20 lat temu, jest tylko taka, że wcześniej żadna nie ważyła się odezwać - przekrzykują się kolejno trzy przyjaciółki. Rashi jest na trzecim roku, studiuje dziennikarstwo, jest z Delhi. Rohini chce być psycholożką, jest na drugim roku. Przyjechała aż z południa, z Tamil Nadu. Aneesha jest na drugim roku filologii angielskiej. Jej rodzina została w Assamie, na północno-wschodnim krańcu Indii. Wszystkie studiują, ich domem jest LSR. - Praktyka jest nieco inna od teorii. Pozwól, że ci wyjaśnię. Kobieta w Indiach musi walczyć o wszystko z dziesięć razy bardziej niż mężczyzna - mówi Rashi. Nosi niebieskie sari, wygląda jak tysiące dziewczyn w jej wieku. Ale prawdopodobnie osiągnie znacznie więcej. Będzie dziennikarką. Jej inspiracja: Oprah Winfrey. - Bo jest taka niezależna. - Jeśli twój brat cały czas słyszy: 'Jesteś lepszy od siostry', i mówią to rodzice, to jak myślisz, czego innego można się spodziewać? My wszystkie mamy w miarę wykształconych rodziców. Ale mimo to widać, że kobieta i mężczyzna nie są równi w Indiach. Zgodnie z prawem kobieta i mężczyzna mają w Indiach takie same możliwości, mogą dziedziczyć, mają prawo do edukacji. - To fikcja - mówi Rashi. - Przede wszystkim w regionach wiejskich. I choć na co dzień oficjalnie z dyskryminacją kobiet walczy specjalna rządowa komisja ds. kobiet, to jej dane o morderstwach w małżeństwie, o molestowaniu, dyskryminacji w pracy to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

- Nasza nauczycielka pracowała w komisji kobiet, opowiadała, że skarg jest wielokrotnie mniej niż przemocy w rzeczywistości. My to widzimy. Żyjemy w patriarchalnym społeczeństwie, w Delhi kobiety nie mogą chodzić po ulicy same.

- Jak to? - Jak zaczyna zmierzchać, wszystkie dziewczyny spieszą się do domu. Boją się gwałtu, boją się napadu. Nikt ci nie pomoże, jak jesteś kobietą, bo przecież to twoja wina. A w policji co prawda pracują kobiety, ale skargę od zgwałconych jakoś zwykle przyjmują faceci. Dziwne, prawda? Poza tym ideał kobiety w Indiach pomaga w zachowaniu takiej skostniałej, patriarchalnej struktury. - A jaki jest? - W nowoczesnych Indiach kobieta musi być posłuszna - mówi Aneesha i wszystkie dziewczyny wyraźnie się ożywiają. - Kobieca! - Usłużna. - Musi być w domu, to jest jej główne zajęcie. I zainteresowanie.

- Cicha, nie odpyskuje. Musi być pokorna. - Wychodzi za mąż nie później niż w wieku 25 lat. - No i ma dzieci, nie jedno, kilkoro. To ważne. - I to jest zawsze jej wina. - Tak, to zawsze jest wina kobiety. Dziewczyny się śmieją. - Tam, skąd pochodzę, w Assamie, mieszka cały czas wiele plemion, tradycyjnych, z zupełnie odrębną kulturą. W jednym z nich kobieta odgrywa rolę głowy rodziny. Własność przechodzi z matki na najstarszą córkę, nie z ojca na syna. Ale to wyjątek. Poza tym w Indiach bardzo często kobieta nie dostaje nic, gdy jej rodzice umierają. Wszystko bierze syn - opowiada Aneesha. - Trudno wyrwać się z tego systemu, bo wszyscy oczekują, że będziesz taka jak mama i babcia. Czyli posłuszna. Spójrz, jak zachowują się kobiety, nawet te, które już coś osiągnęły. Nie znam żadnej, która nie miałaby męża. Chyba że jest lesbijką. - Nasze matki mówią: 'Jesteś kobietą, musisz robić tak, jak mówią mężczyźni'. Nawet kiedy ci mężowie są nieudacznikami. Nawet jak taka kobieta się zbuntuje, dokąd pójdzie ze skargą? Teściowa ją pogoni, własna matka poradzi, żeby siedziała cicho. I żeby to się zmieniło, musi upłynąć masa czasu. - Dziesięć lat? Piętnaście? - Mam nadzieję, że za mojego życia. Ale wątpię. Na razie wszystkie trzy popijają herbatę, śmieją się i naradzają, co już zmieniło się na lepsze. - Małżeństwo. Moi rodzice już powiedzieli, że będę mogła sama wybrać - mówi Rohini. Dziś w Indiach dziewięć na dziesięć małżeństw to małżeństwa aranżowane. Partnera na całe życie poznaje się przez rodziców, swatki i portale matrymonialne. To znaczy, że w najlepszym wypadku 20-latka, kierując się radami rodziny, wybiera jednego z zaproponowanych jej kandydatów. W najgorszym - dostaje za męża kogoś, kogo wybiorą jej rodzice. I choć w Indiach istnieje instytucja rozwodu, to żeby z niej skorzystać, trzeba być świetnie wykształconą, pewną siebie kobietą, która ma źródło utrzymania. Nieliczne spośród półmiliardowej rzeszy kobiet mogą tak o sobie powiedzieć. - Ja chcę mieć rodzinę. I karierę. Wszystko ma swój czas i miejsce. Chcę sama decydować. Moi dziadkowie byli oczywiście aranżowanym małżeństwem, moi rodzice też. Dopiero ja mogę wybrać. To zajęło dwa pokolenia - mówi Rohini.

Chodzi o wybór

- Są zmiany - i ich nie ma. Widzisz, mówiłam - śmieje się wyraźnie rozbawiona Suparna. - Tak jest w Indiach. Każde zdanie, które o tym kraju sformułujesz, ma zdanie przeciwne. I oba są prawdziwe! To nie paradoks, ten kraj taki jest. Siedzimy w centrum Delhi, w kawiarni Barista. Modne miejsce, w którym spotykają się wszyscy, którzy chcą się pokazać. Suparna spieszy się na pierwszą w historii Delhi paradę gejów i lesbijek. Zaraz za szybą szykownego lokalu, gdzie kawa kosztuje tyle, ile dniówka robotnika, kłębi się tłum sprzedawców orzeszków ziemnych, żebraków, przechodniów. Do środka wchodzą znajomi - dziewczyny trzymają się za ręce ukradkiem. - Nie jestem lesbijką. Ale mam sporo koleżanek, które są. I jest im niezmiernie ciężko. Już nie mówiąc o gejach. Trzeba tam iść, żeby im pomóc oswajać otoczenie. To jest istota rzeczy: Indie się zmieniają, ale bardzo powoli. Choć budujemy najtańszy samochód świata, jesteśmy potęgą informatyczną, to nadal bardzo trudno jest nam pozbyć się konserwatywnego garbu. Suparna jest nauczycielką, pracuje w USA i w Indiach. Jest aktywistką. Działa w jednej z organizacji, które zajmują się walką z molestowaniem seksualnym w Indiach. Na razie ani myśli wychodzić za mąż, chociaż granica 25 lat szybko się zbliża. Jest pewna, że proste porównywanie praw kobiet Indii i praw kobiet Zachodu zupełnie nie ma sensu. - Gubisz kontekst, czyli to, co w Indiach najważniejsze. Weźmy instytucje. Teoretycznie są kobiety w armii - tak w USA, jak i u nas. Ale ja mam dobrą koleżankę, która pracuje dla wojska. Opowiedziała mi, jak to wygląda w rzeczywistości. - Jak? - Gdyby to nie była moja przyjaciółka, pomyślałabym, że zmyśla. Kiedy przyszła do jednostki w Delhi, nie było osobnej toalety dla mężczyzn i kobiet. Od przełożonego usłyszała, że w wojsku nigdy nie było potrzeby, żeby sikać osobno! Walczyła trzy miesiące, żeby zbudowali osobną ubikację. Jest ekspertem od broni atomowej. Kiedy miała swoją pierwszą prezentację, stu oficerów na sali pobłażliwie zadawało pytania: 'Czy powinniśmy zbombardować Pakistan?'. Albo: 'Czy bomby są duże?'. - I jak zareagowała? - Dała im wykład o strategii atomowej! W pięty im poszło. Teraz ją szanują. Ale to jej zajęło pół roku. I mówi, że nie zna żadnej koleżanki z armii, która by nie była molestowana. Suparna popija herbatę małymi łyczkami, zamyśla się. - Kobiety w tym kraju muszą się przestać wstydzić, że są kobietami. Dopiero wtedy się coś zmieni. Ale tutaj nie chodzi o zniesienie patriarchatu. - ? - Właśnie dlatego nie można do Indii przykładać zachodniej miary. Kobiety indyjskie nie są inne dlatego, że noszą sari. Ta koleżanka, która walczy z wojskiem, chce też wyjść za mąż i być dobrą żoną. Powiedziała mi ostatnio, że jej patriarchat nie przeszkadza. Jej się podoba. Ale chciałaby mieć wybór, czy chce męża partnera, czy patriarchę. Mam sporo takich koleżanek. - A ty? - Ja na razie nie wiem. Mnie się podobają te nowe, rozwijające się Indie. Tu są szanse, można walczyć o przestrzeń publiczną. Nie jest łatwo, ale można. Czas iść na tę demonstrację - Suparna zabiera portmonetkę i wychodzi w upalne, monsunowe Delhi. Jej demonstracja zgromadzi niecałe 400 osób, ale zostanie uznana za wielki sukces. Dwa tygodnie później Suparna napisze w e-mailu: 'A nie mówiłam? Chodzi o wybór!!!'. I poda link do artykułu z 'The Times of India'. Fakty są takie: 'Panna młoda przeciwko posagowi. W akcie wyjątkowej odwagi Uma Verman, 20-letnia kobieta, wyrzuciła ze swego wesela całą rodzinę męża. Powód: rodzina męża zaczęła się w czasie ślubu domagać posagu. Ojciec pana młodego zirytował się, że podczas wesela rozpadał się deszcz, namiot weselny nie jest gotowy i zażądał od ojca panny młodej 100 tys. rupii i motocykla - natychmiast. Ojciec panny młodej nie miał pieniędzy przy sobie, ale obiecał, że się o nie postara w ciągu tygodnia. Kiedy ojcowie targowali się o posag, nadeszła Uma. - Wynocha! - krzyknęła i wyrzuciła rodzinę męża za drzwi. Wniosła też skargę o wymuszanie posagu. Policja aresztowała braci męża i jego ojca'. 'The Times of India' (Delhi, 16 lipca).

Źródło: Wysokie Obcasy

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Bunt kucharek

poniedziałek, 04 sierpnia 2008 11:38

 

Bohaterka kultowego 'Seksu w wielkim mieście' w piekarniku trzyma buty. Ameryka przestała gotować Kubełek frytek polanych szklanką płynnego żółtego sera to przysmak na amerykańskich jarmarkach. Są też inne smażone w głębokim tłuszczu specjały - pizza, czekoladowe ciastka, snickersy. Najpierw trzeba je tylko zamoczyć w maśle z mąką, a potem usmażyć. W Ameryce panieruje się bowiem wszystko, nawet frytki. Restauracje z kuchnią lokalną, nie wspominając o fast foodach, nie znają pojęcia ziemniaków z wody, ryby z grilla, ryżu bez tłuszczu. Sałatę lodową przykrywa się grubą warstwą tartego żółtego sera i oblewa sosem majonezowym. Zawsze ten sam wybór warzyw na ciepło - brokuły z masłem albo zielona fasolka z bekonem. Sporo knajp podaje wyłącznie słodkie napoje gazowane. Mimo że w Stanach liczba sklepów ze zdrową żywnością i restauracji etnicznych jest imponująca, trudno tu utrzymać linię, zwłaszcza gdy - jak większość Amerykanów - nie gotuje się w domu.

Kulinarni analfabeci 'Nie umiała robić przetworów, a teraz już potrafi!' - krzyczy tytuł na okładce dodatku o jedzeniu w 'Washington Post'. Artykuł opowiada historię pisarki Leslie Pietrzyk, która zapragnęła zrobić domowe konfitury. Długo szukała pomocnej dłoni wśród przyjaciół i znajomych. Nie znalazła. Pomoc uzyskała dopiero u szefowej jednej z restauracji. Jak stwierdziła Trish Hall, dziennikarka 'New York Timesa': 'W ciągu ostatnich dziesięciu lat gotowanie w domu stało się w Ameryce rodzajem hobby jak narty czy szachy'. Swój głośny artykuł opublikowany w 1992 roku Hall zatytułowała 'Stracona generacja kulinarnych analfabetów'. Pisała o rosnącej liczbie jej rodaków, którzy nie znają ani smaku, ani zapachu domowego jedzenia. Dziś na pytanie 'Czy gotujesz regularnie sześć-siedem razy w tygodniu cokolwiek w domu?' 60 proc. Amerykanów odpowiada: 'Nie'. 10 proc. kobiet i 30 proc. mężczyzn nie gotuje nigdy. Spada ranga domowej kolacji, która do niedawna była w Ameryce uznawana za najważniejszy posiłek dnia. Dziś tylko jedna trzecia amerykańskich rodzin spotyka się codziennie wieczorem przy stole w domu, podczas gdy jeszcze 15 lat temu - prawie połowa. Za to prawie 60 proc. Amerykanów przynajmniej raz w tygodniu stołuje się w fast foodach. A jak podkreślają socjolodzy, zwyczaje rodzinne przechodzą z pokolenia na pokolenie - niegotujący rodzice wychowują niegotujące dzieci.

Mądre kobiety nie gotują

'Królowa domowej kuchni', 'Słodki dom', 'Radość gotowania' - przed wojną amerykańskie panie domu mogły przebierać w książkach kucharskich, które gotowanie w domu porównywały do pisania wierszy czy malowania obrazów. 'Lekarze głoszą, że nasze poglądy na świat, zdolność do pracy, a nawet jakość życia zależą od tego, co i w jakiej postaci wkładamy do żołądka' - pisały w 1928 roku Margaret Allen i Ida Hutton, autorki 'Wspaniałej sztuki domowego gotowania'. Nie mogły jednak przewidzieć, co stanie się z domową kuchnią, kiedy kobiety zaczną pracować. Stopniowo od lat 20. rósł w Ameryce procent pracujących matek i żon. W roku 1950 blisko jedna trzecia Amerykanek była zatrudniona, dziś - przeszło dwie trzecie. Do obowiązków domowych nie garnęli się mężczyźni, więc wyjście kobiet z domu stworzyło obszar dla producentów żywności, firm sprzątających, opiekunek do dzieci. Od lat 50. - eisenhowerowskiej epoki gloryfikacji technologii, w której królowały hasła: 'Ku lepszemu życiu poprzez chemię' czy 'Nasz przyjaciel atom' - pasteryzowane, mrożone, odwodnione i liofilizowane przemysłowo jedzenie było coraz łatwiej dostępne i coraz wygodniejsze w przechowywaniu. - Przez lata producenci żywności przekonywali kobiety, że lepiej kupić coś taniego gotowego, niż zawracać sobie głowę staniem przy kuchni. Wmawiano im, że mądre kobiety nie gotują. Więc przestały! Domowe jedzenie powoli stawało się bezwartościowe - tłumaczy prof. Joan Gussow, dietetyczka z Uniwersytetu Columbia. W latach powojennych trzy czwarte pieniędzy wydawanych w amerykańskich domach na jedzenie przeznaczane było na zakup produktów potrzebnych do przygotowywania posiłków w domu. Dziś przeszło połowa tych wydatków idzie na jedzenie na mieście. Carrie Bradshaw, bohaterka kultowego w USA serialu 'Seks w wielkim mieście' grana przez Sarah Jessicę Parker, kuchennego piekarnika używa jako szafki na buty. Tegoroczna reklama prasowa Citibanku (na zdjęciu) pokazuje młodą, zadowoloną kobietę na tle otwartych szafek kuchennych zapełnionych ubraniami, torebkami i butami. Podpis brzmi: 'Nie gotuję, więc zamieniłam kuchnię we wspaniałą garderobę'. Kiedy pod koniec lat 60. Ameryką wstrząsa fala ruchu feministycznego, kobiety żądają nie tylko równości z mężczyznami w pracy - w prawach i zarobkach - ale i równości przy praniu, sprzątaniu i garach. Udaje im się wywalczyć wiele - zakaz określania płci w ogłoszeniach o pracę, zniesienie zakazu zatrudniania kobiet z małymi dziećmi, równość szans w edukacji. Jedno nie udaje się na pewno - zmusić mężczyzn do równego podziału obowiązkami domowymi. Choć sytuacja zmienia się na lepsze o tyle, że młodzi Amerykanie pomagają żonom bardziej niż ich ojcowie. Nadal jednak 80 proc. obowiązków związanych z żywieniem spada na kobiety.

Projekt M.O.M.

Brian Wansink, nowy szef Centrum Żywności i Żywienia w amerykańskim ministerstwie zdrowia, ma ręce pełne roboty. Od kilku miesięcy pracuje nad projektem niskokalorycznych (100 kcal), zdrowych przekąsek, które można by było kupić w każdym sklepie jako alternatywę dla chipsów i ciastek. Do 2010 roku ma opracować narodowy plan żywieniowy - naukowo potwierdzony przewodnik po najzdrowszym jedzeniu, które zacznie być oznaczane na półkach sklepowych. Prof. Wansink od lat obserwuje ludzkie zachowania przy stole. Z pomocą własnoręcznie zaprojektowanej miski bez dna, samoczynnie napełniającej się zupą udowodnił, że ludzki apetyt nie ma końca. W wydanej niedawno bestsellerowej książce 'Bezmyślne jedzenie. Dlaczego jemy więcej, niż myślimy' pokazał np., że zdrowe, niskokaloryczne danie wygrywa z fast foodem, gdy ma intrygującą nazwę, a przesunięcie kasy w jadłodajni z końca na początek powoduje, że w ludzkich żołądkach ląduje mniej jedzenia. Jednak problem według profesora Wansinka zaczyna się nie w sklepach spożywczych czy fast foodach, ale przy amerykańskich stołach. Profesor powtarza, że 'nie ma jak u mamy' - domowa kuchnia pozwala na najlepszy wybór i kontrolę tego, co wkładamy do ust. Dla rodziców, którzy jedzą z dziećmi zdrowe, domowe, różnorodne posiłki, profesor ma dużo więcej sympatii niż dla tych, którzy uznają je za 'istoty z innej planety' i pozwalają im żywić się wyłącznie frytkami, pizzą i colą. Prof. Wansink, szczupły blondyn w okularach, chodzi do pracy na piechotę, a w środku dnia wpada do domu na lunch przygotowany przez żonę, która ukończyła prestiżową szkołę kulinarną Cordon Bleu. Jak mówi o sobie, jest w ministerstwie zdrowia po to, 'by przekonać każdego w USA, żeby jadł zdrowiej'. Z jego badań wynika, że jedna osoba - strażnik domowej lodówki - jest odpowiedzialna za przeszło 70 proc. codziennego wyżywienia domowników. Zwykle są to mamy, choć mogą być też ojcowie, dziadkowie czy inni krewni, o ile mieszkają razem. Dlaczego przede wszystkim kobiety? 'Bo to one głównie robią zakupy, planują posiłki, pakują lunch' - przekonuje profesor. Do nich więc przede wszystkim adresowany jest zaplanowany na wiele lat rządowy projekt M.O.M. (Mothers & Others & My Pyramid - czyli 'Mamy, inni członkowie rodziny i moja piramida żywienia'), który od stycznia dzięki mediom zmienia zwyczaje Amerykanów. A ponieważ oni lubią mieć wszystko zaplanowane, na stronie mypyramid.gov mamy mogą zaplanować tygodniowe posiłki dla całej rodziny, w zależności od potrzeb bardziej lub mniej dietetyczne. Przed profesorem Wansinkiem trudne zadanie - dwie trzecie Amerykanów zmaga się z otyłością (33 proc.) lub nadwagą (33 proc.). W latach 50. na cztery szklanki mleka, które wypijały amerykańskie dzieci, przypadała jedna ze słodkim napojem gazowanym. Dziś jest odwrotnie. W przedszkolach maluchy karmi się ciasteczkami, w szkolnych stołówkach króluje kurczak w panierce i frytki, a na sąsiedzkich grillach - hamburger z mrożonki i bułka jak gąbka do czyszczenia butów. Miejmy nadzieję, że projekt M.O.M. spowoduje, iż Amerykanie zdejmą pajęczyny z garnków, a bohaterka 'Seksu w wielkim mieście' wyjmie z piekarnika buty i przyrządzi w nim łososia ze szparagami.
Źródło: Wysokie Obcasy 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Głód to moje drugie imię

czwartek, 10 lipca 2008 2:22

 

Co dziesiąta dziewczyna w Polsce jest anorektyczką lub bulimiczką – w najlepszym razie kandydatką na jedną lub drugąObie przypadłości to choroby, które ciągle są bagatelizowane i traktowane jako fanaberie, dziwactwa rozpieszczonych pannic z dobrych domów.Tak zresztą opisali je po raz pierwszy w połowie XIX wieku Charles Lasegue i William Gull. I choć internet pełen jest stron typu: www.anoreksja.org czy www.glodne.pl – ze wstrząsającymi historiami młodych ludzi, którym choroba niszczy życie, jesteśmy wobec niej niemal bezbronni. Nie ma bowiem pigułki na te schorzenia ani łatwych recept na pozbycie się problemu. Przekonanie, że wystarczy zacząć jeść i po kłopocie, to największy błąd, jaki możemy popełnić. Dlatego lepiej dmuchać na zimne. Cała sztuka polega na tym, by odróżnić, czy nastoletnia córka zrzuca kilka kilogramów, czy popada w poważną chorobę.Anka ma 16 lat. To córka przyjaciół, ładna nastolatka ze sportowym zacięciem. Ambitna, wygadana, dowcipna. Taką ją pamiętam sprzed roku. Teraz jej nie poznaję. W szczurzo chudej twarzy wielkie oczy i tylko uśmiech jakby znajomy. Krok niepewny. Gesty spowolnione. Leczy się od dwóch miesięcy. A raczej – jak sama mówi – uczy się znów żyć.

Opowie o sobie, bo to może pomóc innym. Teraz wstydzi się nie tyle choroby, co swojej naiwności. Myślała, że gdy schudnie, ktoś ją pokocha.

Anka: – …w którymś momencie przestałam jeść. Nie wiem dlaczego. Nie uważałam się za tłuściocha. To był raczej rodzaj jadłowstrętu. Jedzenie – mówiąc obrazowo – rosło mi w ustach. Odstawiłam śniadania i kolacje, a rodzicom mówiłam o diecie. Potem zostałam przy jednym posiłku dziennie. Głód zapijałam litrami wody. A potem jakoś wszystko przyspieszyło. Wrzucałam w biegu byle co – tost i jogurt albo płatki kukurydziane i mleko, albo razowiec i jabłko. Jadłam to na okrągło. Dzień w dzień… Oczywiście, skurczył mi się żołądek. Czułam się świetnie! Lekko, zwiewnie, byłam pełna energii. Ludzie wokoło mówili: Wow, rewelacyjnie wyglądasz! Zakochałaś się? Nosiłam rozmiary ubrań jak topowe modelki… Strasznie mi to imponowało.

Mój skurczony żołądek przyjmował coraz mniejsze porcje. Doszłam do takiej "doskonałości" w samodzielnym zagładzaniu się, że dziennie zjadałam jeden mały jogurt. Oczywiście, beztłuszczowy… Uważałam, że jedzenie jest czynnością nieestetyczną. Wstydziłam się jeść przy innych, za to lubiłam patrzeć, jak jedzą inni.

Rodzina? Mama wpadła w panikę. Zaciągnęła mnie do lekarza, ten stwierdził zwykłą niedowagę. Potraktował matkę jak histeryczkę. Powiedział z przekąsem: – Droga pani, nikt sam siebie nie zagłodzi. Ludzie szczupli żyją dłużej… Nie wiem, skąd on wziął te rewelacje, ale byłam mu wdzięczna. Mama na jakiś czas dała spokój.

Mama Ani: – Anoreksja jest rodzajem uzależnienia. A nałogowcy jak nikt potrafią oszukiwać otoczenie, teraz to wiem, ale wcześniej otoczenie mówiło mi: Jesteś nadopiekuńcza. Zostaw małą w spokoju. Dziś wszystkie dziewczyny mają hopla na punkcie diet. Przejdzie jej.

Teraz chciałabym wykrzyczeć matkom nastolatek będących na diecie: Nie macie czasu na snucie domysłów. Jak wam dziecko szybko chudnie, szykujcie się na wojnę!

Specjalista: – Zaburzenia odżywiania występują pod dwiema postaciami: jadłowstrętu psychicznego, zwanego anoreksją, oraz żarłoczności psychicznej, zwanej bulimią. Obydwie są niezwykle groźne. Anorektyk panicznie boi się przytyć. Lęk ten jest wynikiem kompleksów, czasem nieuświadomionych. Zazwyczaj osoby takie mają głęboko skrywane kompleksy dotyczące wyglądu zewnętrznego. Sygnałem alarmowym jest dość raptowny spadek masy ciała – o ponad 15 procent. Pojawiają się: wspomniany jadłowstręt, szczupłość, ostre rysy twarzy, sucha skóra, osłabienie, odwodnienie, u kobiet zatrzymanie miesiączki, zmiany osobowości, unikanie ludzi. Po kilkumiesięcznym ograniczaniu jedzenia utrata wagi dochodzi do 40 procent, a w skrajnych przypadkach nawet do 60 procent. Wtedy nie ma już ratunku.

Anka: – Gdy już wszystkie ubrania leciały ze mnie, organizm zaczął odmawiać posłuszeństwa. To naturalne. Wejście na drugie piętro kończyło się niemal omdleniem. Nie mogłam przebiegnąć nawet paru metrów czy przyspieszyć kroku. Kołysało mną, robiło mi się ciemno przed oczami. Nieustannie drżały mi mięśnie. Chodziłam grubo ubrana nie tylko, by ukryć chudość – czułam nieustanny chłód. To kolejny ważny objaw: jest ci zimno.

Matka: – W anoreksji istnieje coś takiego jak spirala głodu, czyli metodyczne zmniejszanie sobie racji żywnościowych. Anka miała wtedy egzaminy w szkole. Uprosiła nas, żeby mogła jeść u siebie. Potem jakoś tak znikała w porze obiadokolacji… Kiedyś zobaczyłam ją przez uchylone drzwi łazienki i oniemiałam. Znać było u niej każdą kosteczkę. No, moja panno, pomyślałam przerażona, już ja cię podtuczę! Mąż wziął córkę na poważną rozmowę. Córeńka tatusia zupełnie go skołowała. Wmówiła mu, że odżywia się po prostu zdrowo, a chudość to efekt stresu.
Anka: – Bycie chudą to rodzaj uzależnienia, jak picie alkoholu czy ćpanie. Dobrze, gdyby rodzice to zrozumieli. Nieustannie myślałam o tym, co jem, jak jem, jak dużo jem. Liczenie kalorii. Wkułam na pamięć listę chyba z 500 produktów. Obsesyjne myślenie o jedzeniu. Sny o jedzeniu... Euforia, gdy schudłam parę deka. Doły psychiczne, gdy waga poszła w górę. Gdzieś z tyłu głowy pojawiała się myśl, że wariuję, bo w lustrze ciągle widziałam "za dużo w biodrach".

Matka: – Uwielbia gotować, uwierzysz? Przez całą chorobę nieustannie wypróbowywała jakieś przepisy. Obiady z przystawkami. Desery, rewelacyjne kompozycje, a jakie lepiła pierogi... Zresztą to doskonała wymówka, by nie siadać potem do stołu. – Przy kucharzeniu najadłam się po uszy – kłamała. Wydoskonaliła system oszukiwania, by unikać posiłków.

Specjalista: – Bulimicy kochają jeść i równocześnie nienawidzą jedzenia. To odróżnia ich od anorektyków. Ktoś powiedział, że najlepszą metodą walki z pokusą jest ulec jej. I oni ulegają. Wrzucają w siebie zachłannie, co wpadnie w ręce. Potrafią bigos popijać gorącym kakao, zagryźć to korniszonem, a na koniec wypić zimne mleko. Potem delikwent na długo zamyka się w łazience. Ma przymus, by wyrzucić z siebie te góry jedzenia. Wyrzuty sumienia: jem, a przecież mam być szczupły i piękny…

Anka: – Sądziłam, że dam sobie radę. W którymś momencie zaczęłam "jeść przez rozum", żeby się nie wykończyć. Przy wzroście 168 cm ważyłam 48 kg. I stało się coś, co przytrafia się wielu anorektyczkom – wpadłam w bulimię. Nie jadłam normalnie. Wrzucałam w siebie jak opętana tony fastfoodowego jedzenia – hamburgery, chipsy, jakieś batony... a potem garście tabletek przeczyszczających, by ten śmietnik z siebie wyrzucić. Wyobrażam sobie, jak musiał wyglądać mój przewód pokarmowy. A wiesz, co kwas żołądkowy robi ze szkliwem zębów? Koszmar. Do bólu całego ciała doszedł jeszcze ten – puchły mi stawy, łamały się paznokcie.

Gdy wróciłam z wakacji, było już naprawdę źle. Mama otworzyła mi drzwi. Widziałam, jak jej twarz kamienieje. Rozryczałam się. Tata bez słowa wziął mnie na ręce. Jak w dzieciństwie: – Damy sobie z tym radę, dzieciaku.

Dziewczyny, uwierzcie, nie poradzicie sobie w tej chorobie same!

Matka: – Bez trudu znaleźliśmy pomoc. Wystarczy mądry lekarz pierwszego kontaktu lub – jak w naszym przypadku – internet. Nie miałam pojęcia, że ta choroba jest aż tak groźna. Czułam się winna, że coś przeoczyłam, ale wiesz, jak to jest z dzisiejszymi nastolatkami… Najtrudniejsza jest sama terapia. Po trzykroć trzeba uzbroić się w cierpliwość. Efekty nie przyjdą szybko. Trzeba kochać i nie poganiać. I wiesz, ta choroba lubi remisje...

Specjalista: – Jak pomóc? Przede wszystkim nie wmuszać w chorego jedzenia. Nie karmić jak gęś, nie terroryzować, że jak nie zjesz, nie wyjdziesz z domu. Efektem takich "ratunkowych" działań jest tylko pogorszenie sytuacji. Pamiętajmy, że bulimia i anoreksja to choroby. A choroba wymaga lekarza. Nic na własną rękę. Część lekarzy zaleca zmianę otoczenia, wyjazd do ośrodka zajmującego się leczeniem jadłowstrętu. Większość specjalistów optuje za psychoterapią z udziałem rodziny jako metodą najbardziej efektywną. Anoreksja czy bulimia, ich zdaniem, mają przyczyny właśnie w jakichś nieciekawych rodzinnych zaszłościach.

Jak odróżnić anoreksję od odchudzania się?

§ Jeśli myśl o odchudzaniu towarzyszy ci nieustannie;

§ gdy maniakalnie obliczasz zjedzone kalorie, a potem wymierzasz sobie karę "za obżarstwo";

§ gdy pojawiają się wymioty lub zjadasz coraz więcej środków przeczyszczających;

§ gdy waga wskazuje, że chudniesz, a ty uważasz, że nadal jesteś gruba;

§ gdy lekceważysz uwagi osób życzliwych, że zbyt wiele schudłaś.

Jak pomóc?

§ Nie karmić na siłę;

§ nie zamęczać pytaniami o przyczynę chudnięcia – anoreksja to choroba, chory nie głodzi się na złość, to efekt pewnych przyczyn psychicznych;

§ szukać pomocy specjalisty – interwencja psychologa jest niezbędna.

Telefon zaufania dla osób uzależnionych od jedzenia – anoreksja, bulimia, nadwaga:

§ tel. (0-22) 628-96-27 czynny we wtorki w godz. 20.00-21.30.

§ Więcej informacji o chorobie, sposobach leczenia oraz adresy lekarzy – na stronach: www.anoreksja.org, forum.glodne.pl, www.biomedical.pl/zdrowie
  

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (28) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 30 marca 2017

Licznik odwiedzin:  112 776  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Dla kobiet, o kobietach...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 112776

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl